Na Kilimandżaro prowadzi wiele dróg, o różnym profilu trudności, popularności i czasie przeznaczonym na aklimatyzację. Ja wybrałam 7-dniowy wariant Lemosho – dający odpowiednio dużo czasu na aklimatyzację, mniej uczęszczany, a jednocześnie prowadzący przez niemal wszystkie strefy klimatyczne góry: od wilgotnego lasu deszczowego, przez wrzosowiska i płaskowyż Shira, aż po wysokogórską pustynię.
Pierwszy dzień był rozgrzewkowy. Zaczął się dość standardowo – od przeglądu sprzętu, zapakowania wszystkiego do samochodu i dojazdu do bramy Parku Narodowego Kilimandżaro. Tam trzeba się zarejestrować, dopełnić formalności i uiścić opłatę za wejście do parku.
I już…
Przekraczasz bramę Parku Narodowego Kilimandżaro i stajesz się członkiem ekipy wędrującej z Lemosho Gate do pierwszego obozu – Mkubwa Camp, położonego na wysokości 2650 m n.p.m.
To już wyżej niż polskie Rysy i praktycznie na wysokości najwyższego szczytu Tatr – Gerlacha.
Pierwszy trekking nie jest jeszcze szczególnie wymagający. To raczej moment, w którym zaczynasz oswajać się z myślą, że przez najbliższe dni będziesz po prostu iść, iść, iść… coraz wyżej.
A kiedy docieramy do obozu, wszystko jest już przygotowane. Czekają na nas namioty – nasz ma numer 5 – oraz ciepła kolacja.
Jest też pierwszy przepak.
Od tego momentu zaczyna się już prawdziwa wyprawa.









Komentarze
Prześlij komentarz