Kilimandżaro - Baranco Wall 3900 m npm

Pobudka, śniadanie i ruszamy. Dziś czeka nas Barranco Wall – jedna z najbardziej charakterystycznych i najbardziej emocjonujących części trekkingu na Kilimandżaro. Jeszcze wczoraj wieczorem oglądaliśmy ją z dołu. Z Barranco Camp wygląda imponująco – stroma, skalista ściana, która sprawia wrażenie, jakby trzeba było się na nią po prostu wspiąć. Dziś przekonamy się, że rzeczywistość jest trochę inna. Nie jest to techniczna wspinaczka, nie potrzebujemy lin ani specjalistycznego sprzętu. Jest za to sporo kamieni, wąskich przejść, momentów, w których trzeba użyć rąk, i ciągłego lawirowania pomiędzy skałami. No i oczywiście pole pole – tutaj pośpiech zdecydowanie nie ma sensu. Barranco Wall pokonujemy powoli, krok po kroku. W pewnym momencie docieramy do miejsca nazywanego Kissing Rock – charakterystycznego przewężenia, przy którym trzeba mocno zbliżyć się do skały, żeby przejść dalej. Jest trochę śmiechu, trochę adrenaliny i oczywiście obowiązkowe zdjęcia. A potem nagroda – widoki. Im wyżej jesteśmy, tym bardziej Kilimandżaro pokazuje swoje ogromne, surowe oblicze. Za nami zostaje Barranco Camp, a przed nami kolejne doliny, granie i skaliste zbocza. Widać też, jak bardzo zmienia się krajobraz – roślinność jest coraz uboższa, a teren coraz bardziej księżycowy. Po pokonaniu Barranco Wall nie kończy się jednak dzisiejsza wędrówka. Przed nami kolejne podejścia i zejścia. Na Kilimandżaro nic nie jest po prostu „w górę”. Wchodzimy, schodzimy, znów podchodzimy. Organizm cały czas pracuje na wysokości i właśnie dlatego każdy kolejny dzień jest częścią aklimatyzacji. Docieramy do Karanga Camp, położonego na wysokości około 4035 m n.p.m. To jeden z krótszych etapów trekkingu, ale po emocjach związanych z Barranco Wall nogi zdecydowanie wiedzą, że były dziś w pracy. I znowu przychodzi czas na odpoczynek, jedzenie, picie i obserwowanie góry. Kilimandżaro jest już coraz bliżej. Z każdym dniem mniej jest roślinności, a więcej skał i przestrzeni. Szczyt wciąż wydaje się odległy, ale zaczynamy mieć poczucie, że naprawdę zmierzamy w jego stronę. Jutro Barafu Camp – ostatni obóz przed atakiem szczytowym.

Komentarze

  1. Największe zaskoczenie to ten obszar pustynny. podejścia skaliste też interesujące bo bardziej myślałem że jest to typowe podchodzenie cały czas do góry.a tu klimaty ciut jak z ameryki południowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W górę w dół ;) a sukulenty …. Nie wiem …. Ja do tej podróży przygotowywałam się 10 lat więc kojarzą mi się tylko z Kili

      Usuń

Prześlij komentarz