Kilimandżaro - Lava Tower 4600 m npm

Trzeci dzień to mniej kilometrów do przejścia, ale jeden z najważniejszych dni całego trekkingu – dzień aklimatyzacyjny. Dziś wchodzimy na Lava Tower, na wysokość 4600 m n.p.m. I właśnie tutaj wysokość po raz pierwszy zaczyna pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Pojawiają się pierwsze zawroty głowy, pierwsze ofiary choroby wysokościowej, pierwsze interwencje medyczne i przede wszystkim – pierwsze doświadczenia z tym, jak organizm reaguje na wysokość. Tanzańska zasada pole pole, czyli „powoli, bardzo powoli”, w moim przypadku sprawdza się znakomicie. Co z tego, że do Lava Tower docieram jako jedna z ostatnich osób w grupie? Za to bez mdłości, bez zawrotów głowy i bez bólu głowy. Z uśmiechem. I, co na tej wysokości wcale nie jest takie oczywiste – z apetytem zjadam cały posiłek. Bo za wysokość płaci się swoją cenę. Bezsennością, zmęczeniem, brakiem apetytu, bólem głowy czy nudnościami. Organizm potrzebuje czasu, żeby przyzwyczaić się do coraz mniejszej ilości tlenu. Dlatego dziś obowiązuje żelazna zasada aklimatyzacji: „walk high, sleep low” – idź wysoko, śpij nisko. Po osiągnięciu 4600 metrów schodzimy więc do Barranco Camp, położonego na wysokości około 3960 m n.p.m. Po drodze krajobraz znowu się zmienia. Mijamy niezwykłe formacje skalne, a wokół pojawiają się charakterystyczne dla Kilimandżaro senecje olbrzymie – giant groundsels, jedne z najbardziej niezwykłych roślin tej góry. Kilimandżaro powoli odsłania przed nami swoje kolejne oblicze. Wieczór w obozie to już spokojne, lekkie spacery, odpoczynek i chyba najpiękniejsza noc pod gwiazdami podczas całego trekkingu. A jutro? Barranco Wall. Legendarna skalna ściana, która z daleka wygląda jak przeszkoda nie do pokonania. Jutro przekonamy się, jak wygląda z bliska.

Komentarze