Serengeti — największy i najbardziej legendarny park Tanzanii, znany na całym świecie przede wszystkim z Wielkiej Migracji. Tego miejsca po prostu nie mogło zabraknąć na mojej liście tanzańskich przygód.
Choć przez krótkie mgnienie oka, po dwóch parkach pełnych zachwytów, emocji i spotkań ze zwierzętami, zaczęło mi się wydawać, że kolejny park już niewiele będzie w stanie nas zaskoczyć, Serengeti bardzo szybko udowodniło mi, jak bardzo się myliłam. Bo tutaj wrażeń było jeszcze więcej.
Jeśli Tarangire należało do słoni, a Ngorongoro kojarzyć nam się będzie z niekończącymi się stadami zebr i spotkaniem z nosorożcami, to Serengeti jest bez wątpienia królestwem wielkich kotów. Lwów, gepardów, lampartów… i całej tej drapieżnej arystokracji afrykańskiej sawanny.
To właśnie tutaj mogliśmy również dokończyć nasze własne „polowanie” na Wielką Piątkę — oczywiście wyłącznie z aparatem fotograficznym w ręku. Do Big Five zalicza się bowiem zwierzęta, które dawniej uważano za najtrudniejsze i najbardziej niebezpieczne do upolowania: lwa, lamparta, słonia, nosorożca i bawoła.To park, w którym sawanna sięga aż po horyzont i nawet jadąc przez cały dzień, ma się wrażenie, że jej końca po prostu nie da się osiągnąć. Już samym swoim ogromem Serengeti robi oszałamiające wrażenie. A kiedy doda się do tego prawdziwe „National Geographic” rozgrywające się dosłownie na naszych oczach, emocje pozostają w pamięci na długo.
Bo tutaj właściwie za każdym zakrętem coś się działo.
Tu dwa potężne słonie mierzyły się ze sobą, sprawdzając, który z nich jest silniejszy. Tam inny słoń najwyraźniej postanowił przetestować wytrzymałość naszego jeepa — i nasze nerwy przy okazji. Gdzieś dalej obserwowaliśmy polowanie lwów na antylopę, a jeszcze innym razem gepardy spokojnie konsumowały swoją zdobycz.
Jednego poranka, niespełna kilometr od naszych namiotów, lwy upolowały ogromnego bawoła. Słysząc ich ryk o świcie, zaczęłam się więc poważnie zastanawiać nad jednym z najważniejszych pytań tego dnia: czy naprawdę muszę już teraz iść do toalety, czy może jednak rozsądniej będzie zostać bezpiecznie w namiocie i poczekać, aż życie obozowe zacznie się na dobre?
Dylematy safari mają jednak zupełnie inny wymiar niż te, które znamy z codzienności.
W innym miejscu obserwowaliśmy niezwykły taniec godowy strusia — spektakl, którego nie da się zaplanować ani zamówić w żadnym programie wycieczki. Gdzieś obok powoli budziły się hipopotamy, wyglądające jak wielkie, ciężkie i zupełnie niegroźne stworzenia.
I właśnie tutaj kryje się jedna z ciekawszych afrykańskich pułapek pozorów. Hipopotam, mimo swojej pozornej ociężałości i niezgrabności, należy do najbardziej niebezpiecznych zwierząt Afryki i jest odpowiedzialny za wiele śmiertelnych ataków na ludzi. Potrafi być niezwykle szybki, bardzo terytorialny i zdecydowanie nie ma poczucia humoru, kiedy ktoś znajdzie się między nim a wodą.
Serengeti nauczyło nas więc jednego: na sawannie nigdy nie wiadomo, co wydarzy się za chwilę. Możesz godzinami jechać przez pozornie spokojną, bezkresną przestrzeń, a potem nagle znaleźć się w samym środku wydarzeń, które do tej pory oglądało się tylko w telewizji.
Tutaj National Geographic nie zaczyna się po włączeniu telewizora. Tutaj wystarczy otworzyć oczy.










Krótko. Koty.a to zdjęcie jak idą jeden za drugim..cudo.pajaczek też widzę był.o hipcou slyszalem-sprawia wrażenie maskotki a jest piekielnie niebezpieczny.zachod słońca o I koty.no jeszcze przydały by się surykatki
OdpowiedzUsuńSurykatki nie występują w Serengeti . Widzieliśmy coś podobnego , ale nasz przewodnik powiedział że to nie surykatki i że te nie występują w Afryce .
UsuńAle krokodyle widzieliśmy .
Krokodyle...ciekawy relikt prehistorii.ale i tak wolę koty
OdpowiedzUsuń